15 czerwca 2004

# 25

Budzę się rano - i nie wierzę własnym oczom, bo okazuje się, że mam tylko jedno. Drugie - opuchnięte i przekrwione - wyglądało jakby zupa była za słona. Wzięłam dzień wolny (no nie taki znowu wolny, bo musiałam pojechać do biura; powiedzmy, że wolniejszy), wyglądałam bardzo tajemniczo w okularach nawet w gabinecie lekarskim, ale nie chciałam być rozpoznana przez rzesze fanów. Teraz już czuję się lepiej, dziękuję, opuchlizna zeszła i dochodzę do siebie. MUSZĘ. W niedzielę jedziemy do Krakowa na kilka dni z moją Sista, żeby się przekonać czy na Brackiej rzeczywiście zawsze pada deszcz. Tak czy inaczej Turnauowi należy się porządny wywóz do lasu, bo się będziemy bać, że iż tudzież atoli - pieśń nie kłamie, a my pod namiotem...

Po południu krótki acz treściwy telefon od Szalejącej Ze Szczęścia Szefowej, która męża odzyskała. Od pół godziny jest w domu. Ja w krzyk, że ma go obcałować, wyściskać i popozdrawiać od mother i mnie - biednego żuczka, pracownika biurowego, który się stęsknił za kurwowaniem w biurze i żelazną dyscypliną. Chore? Nie sądze, bo do pracoholika mi daleko, ale Wodzu to świetny człowiek, tylko za dużo mercedesów chciał mieć, a w Polszcze statystyczny dwudziestosiedmiolatek cieszy się z poldka czy stuningowanego do granic absurdu kaszlaka. No i pokłuł w oczy centralne biuro śledcze. Oczywiście nawet prokurator powiedział, że takiego świra jak ten, to już dawno nie było.

1 komentarz:

Lake of Fire pisze...

No niby pracuję - dla paliwowej.